Czterdziestu motocyklistów otoczyło mnie na drodze, a gdy nadjechały posiłki, ich dowódca nagle zbladł

Kiedy uklęknąłem na środku drogi, czterdzieści motocykli zamknęło mnie w kręgu, a ranny chłopak przestał oddychać.

Była siedemnasta czterdzieści trzy. Na drodze krajowej numer siedemnaście asfalt drżał od przejeżdżających ciężarówek, a wiatr przewracał papierowe kubki po poboczu. Kuba leżał na plecach, kilka metrów od rozbitego motocykla. Jego kask trzymałem przy piersi, jakby ten czarny, porysowany przedmiot mógł zatrzymać czas.

— Nie ruszajcie go — powiedziałem. — Zostańcie dokładnie tam, gdzie jesteście.

Motocykliści posłuchali. Ustawili maszyny ukośnie, jedna za drugą, tworząc żywą zaporę między Kubą a pędzącymi samochodami. Dwóch pochylało się nad nim, osłaniając go przed słońcem. Starszy mężczyzna w skórzanej kamizelce klęczał przy jego głowie i ściskał w dłoni zwiniętą kurtkę.

Jego palce drżały.

— Jest pan ojcem? — zapytałem.

— Tak. Jan Kowal. To mój syn.

Znałem ten głos. Był zduszony, ale nie załamał się ani razu. Widziałem już ludzi, którzy krzyczeli w panice. Jan nie krzyczał. Patrzył na Kubę tak, jakby każde mrugnięcie mogło odebrać mu dziecko.

O siedemnastej czterdzieści sześć usłyszeliśmy syreny. Radiowóz zatrzymał się z piskiem opon, a wysiadł z niego młody funkcjonariusz, którego znałem z komendy, Paweł Rataj. Zobaczył mnie na kolanach, motocykle i tłum ludzi.

— Odsuńcie się od niego! — wrzasnął.

Kilku motocyklistów odruchowo zacisnęło dłonie na kierownicach. Poczułem, jak napięcie przechodzi przez krąg niczym iskra po suchej trawie.

— Paweł, spokojnie — powiedziałem.

— Spokojnie? Jest pan otoczony!

— Nie jestem otoczony. Oni osłaniają rannego.

Podniosłem rękę, zanim którykolwiek z posiłków wyciągnął broń.

— Nie przerywajcie kręgu. Jeszcze nie.

Paweł zatrzymał się z jedną dłonią na pasie. Jan spojrzał na mnie, potem na syna.

— Jeśli każecie nam odjechać, samochód przejedzie obok niego — powiedział.

— Nie każę wam odjeżdżać — odparłem. — Otworzymy przejście od tyłu. Tylko dwie maszyny.

O siedemnastej pięćdziesiąt jeden dwóch motocyklistów uruchomiło silniki. Ryk przeciął powietrze, ale reszta pozostała nieruchoma. Zrobił się wąski korytarz. Paweł wszedł nim ostrożnie i dopiero wtedy zobaczył Kubę.

— Co się stało? — zapytał ciszej.

— Stracił panowanie — odpowiedziałem. — Albo ktoś mu w tym pomógł.

Jan wyprostował się i ścisnął kask. Na jego boku widniała głęboka, świeża rysa, lecz pod nią zauważyłem coś jeszcze: mały, szary fragment tworzywa tkwiący w jednej z wentylacji.

— Widziałem samochód — powiedział.

Paweł wyciągnął rękę.

— Proszę mi to dać.

Jan przez chwilę nie reagował. Patrzył na mnie, jakby chciał się upewnić, że tym razem ktoś naprawdę go wysłucha.

— Ta szara furgonetka jechała za nami od kilku kilometrów — powiedział. — Dwa razy zajechała Kubie drogę. Za trzecim razem uderzyła w niego bokiem.

Na horyzoncie, za zakrętem, zamigotały światła. Szary samochód wyłonił się zza ciężarówki i zaczął zbliżać się do naszej zapory.

Paweł zrobił krok naprzód.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Mąż kazał mi przeprosić córkę albo odejść, lecz po powrocie do domu jego pewność siebie nagle zniknęła

— Wszyscy odsunąć się od drogi!

Jan pokazał mu kask.

— Najpierw niech pan zobaczy, co w nim zostało.

Paweł obrócił kask pod światło. Jego kciuk zatrzymał się tuż nad porysowaną wentylacją. A potem powoli sięgnął do środka…

CZĘŚĆ 2

…i wyciągnął cienki kawałek szarego tworzywa, o ostrych, poszarpanych krawędziach.

Przez kilka sekund słychać było tylko silniki pracujące na wolnych obrotach. O siedemnastej pięćdziesiąt trzy furgonetka znajdowała się już niecałe sto metrów od nas. Jechała zbyt szybko, a jej kierowca nie próbował nawet zmienić pasa.

— Proszę się cofnąć — powiedział Paweł do Jana.

— Jeśli się cofnę, znowu go zobaczę tylko przez szybę — odpowiedział ojciec.

Podniosłem się z kolan. Bolała mnie prawa noga, zdrętwiała od asfaltu, ale nie czułem tego bólu. Wpatrywałem się w przednią szybę furgonetki. Była przyciemniona, jednak za kierownicą widziałem sylwetkę mężczyzny.

— Wszyscy zostają za motocyklami — rozkazałem. — Paweł, ustaw radiowóz pod kątem. Nie blokuj całej drogi, zostaw kierowcom wyjście.

— A jeśli ucieknie?

— Nie ucieknie, jeśli naprawdę nie ma nic do ukrycia.

Paweł pobiegł do samochodu. Niebieskie światła odbiły się w chromowanych lusterkach motocykli. Furgonetka zwolniła, ale tylko na moment. Potem kierowca gwałtownie odbił w stronę pobocza.

Jeden z motocyklistów, niski mężczyzna z białą brodą, wskoczył na maszynę i ruszył kilka metrów, odcinając mu drogę. Furgonetka zahamowała. Opony zapiszczały. Kuba jęknął na ziemi.

— Zostawcie go! — krzyknąłem.

Motocyklista natychmiast zjechał na bok.

Furgonetka zatrzymała się przed radiowozem. Drzwi kierowcy otworzyły się, lecz mężczyzna nie wysiadł. Paweł podszedł do szyby.

— Proszę wyłączyć silnik i wysiąść z rękami widocznymi.

— Nie zrobiłem nic złego — dobiegł nas stłumiony głos.

— W takim razie nie będzie problemu.

Drzwi uchyliły się szerzej. Kierowca wysiadł powoli. Miał około pięćdziesięciu lat, drogą kurtkę i skaleczenie na policzku. Kiedy zobaczył Jana, jego twarz stężała.

— Pan go zna? — zapytałem.

— Nie.

— A on zna pana?

Jan zrobił krok do przodu.

— To on jechał za Kubą.

Mężczyzna prychnął.

— Wszyscy jeździliśmy tą samą drogą.

— Nie wszyscy trzykrotnie zmieniali pas, żeby znaleźć się przy jego tylnym kole — powiedziałem.

Paweł otworzył tylne drzwi furgonetki. W środku leżały skrzynki z narzędziami, płachta budowlana i metalowy pręt. Na podłodze zauważyłem świeże zadrapanie, jakby coś ciężkiego przesunęło się podczas gwałtownego hamowania.

— To samochód służbowy? — spytałem.

— Należy do firmy.

— Jakiej?

Mężczyzna milczał.

Jan podszedł bliżej i wskazał na prawy bok pojazdu. Na wysokości kierownicy ciągnęła się świeża, czarna smuga, a pod nią brakowało kawałka plastikowej osłony.

— To pasuje do fragmentu z kasku — powiedział.

Kierowca roześmiał się krótko.

— Kask mógł uderzyć w cokolwiek.

— W takim razie pobierzemy nagrania z kamer — odparłem.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Moja siostra nazywała spacerowanie w ręczniku przed mężem testem, lecz pewnego ranka jego spokojna reakcja odebrała jej uśmiech

Wtedy młoda motocyklistka o rudych włosach podniosła telefon.

— Mam nagranie — powiedziała. — Kamera była w uchwycie na kierownicy. Widać tył grupy.

Kierowca natychmiast przestał się uśmiechać.

Paweł wyciągnął rękę.

— Proszę mi pokazać.

Na ekranie zobaczyliśmy Kubę jadącego z lewej strony grupy. Szara furgonetka pojawiła się za nim, przyspieszyła i zrównała się z motocyklem. Obraz zakołysał się, gdy Kuba nagle odbił w stronę pobocza.

W tle słychać było krzyk Jana.

A potem drugi dźwięk. Krótki, metaliczny trzask.

— Proszę odtworzyć jeszcze raz — powiedziałem.

Rudowłosa dziewczyna przesunęła palcem po ekranie. Tym razem zobaczyłem coś, czego wcześniej nie zauważyłem: kierowca furgonetki wychylił rękę przez okno, zanim Kuba upadł.

— On coś wyrzucił — powiedział Paweł.

— Nie — odpowiedział Jan. — On coś przyczepił.

Kierowca cofnął się o krok.

W tej samej chwili mój telefon zawibrował. Numer należał do dyżurnego komendy. Odebrałem, spodziewając się informacji o karetce. Usłyszałem jednak głos przełożonego, który zapytał, czy zatrzymaliśmy szarą furgonetkę.

— Tak. Dlaczego?

— Bo jej kierowca przed chwilą zgłosił, że to motocykliści zaatakowali jego samochód. I ma świadka, który twierdzi, że to ty pierwszy wyciągnąłeś broń…

CZĘŚĆ 3

…Nie zdążyłem odpowiedzieć. Spojrzałem na Pawła, a potem na kierowcę furgonetki. Mężczyzna stał nieruchomo, lecz w jego oczach pojawiła się pewność, jakby właśnie usłyszał wiadomość, na którą czekał.

— Kto jest świadkiem? — zapytałem do telefonu.

— Twierdzi, że widział, jak grupa próbowała zatrzymać furgonetkę. Mówi, że kierowca się bronił.

— Czy podał nazwisko?

— Jeszcze nie. Marek, zachowaj ostrożność. Ktoś złożył skargę na ciebie, zanim zdążyliśmy wysłać posiłki.

Rozłączyłem się. O siedemnastej pięćdziesiąt dziewięć karetka wreszcie przebiła się przez korytarz motocykli. Ratownicy zajęli się Kubą. Jan został przy synu, ale cały czas patrzył na furgonetkę.

Paweł zamknął drzwi radiowozu i powiedział cicho:

— To wygląda na przygotowaną historię.

— Wiem.

— Tylko nie mamy jeszcze najważniejszego.

Rudowłosa motocyklistka podeszła do nas z telefonem.

— Jest coś jeszcze. Nagranie ma dźwięk. Proszę posłuchać od końca.

Włączyła ostatnie sekundy. Po trzasku usłyszeliśmy głos kierowcy, zniekształcony przez wiatr, ale wyraźny.

— Jeszcze jeden zakręt i będzie po wszystkim.

Jan zamknął oczy.

Kierowca furgonetki zaczął krzyczeć.

— To nie mój głos! To nagranie jest spreparowane!

— Zabezpieczymy telefon — powiedziałem. — A pan pojedzie z nami na przesłuchanie.

— Nie możecie mnie zatrzymać bez powodu.

— Mamy uszkodzony kask, ślad na pojeździe, nagranie i czterdziestu świadków.

— Macie tylko zbieg okoliczności.

Wtedy Jan podniósł czarny kask i wskazał jego wnętrze.

— Nie. Mamy coś, czego nie zauważyłeś.

Wziąłem kask do ręki. Pod wyściółką, przy pasku, tkwił niewielki prostokątny przedmiot. Nie był częścią ochrony. Wyglądał jak płaski moduł wielkości paznokcia, przyklejony przezroczystą taśmą.

— Co to jest? — spytał Paweł.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Wróciłem po teczkę i zobaczyłem ciężarną żonę klęczącą pod stołem, a po moim krzyku moja matka nagle zbladła

Jan przełknął ślinę.

— Nadajnik. Znalazłem go przy pasku, kiedy próbowałem zdjąć synowi kask.

Kierowca nagle pobladł.

— Nie dotykajcie tego.

To jedno zdanie zmieniło wszystko.

O osiemnastej szesnaście lekarz powiedział, że Kuba jest przytomny, ale ma wstrząśnienie mózgu i złamaną rękę. Jan wszedł do karetki, a ja zostałem przy furgonetce. Technik ostrożnie wyjął moduł i połączył go z komputerem.

Na ekranie pojawiła się lista zapisanych punktów trasy. Nadajnik przekazywał położenie motocykla przez ostatnie trzy dni. Przy każdym punkcie widniała godzina.

— Ktoś śledził Kubę — powiedział Paweł.

— Nie tylko śledził — odpowiedział technik. — Urządzenie ma funkcję zdalnego uruchamiania.

Kierowca zaczął się cofać.

— Chcę adwokata.

— Oczywiście — odparłem. — Ale najpierw zapytamy, dlaczego pańska furgonetka miała identyczny moduł pod deską rozdzielczą.

Technik podniósł wzrok.

— Jest jeszcze jedna rzecz. Pamięć urządzenia zawiera zapis rozmowy.

Włączył plik. Najpierw zabrzmiał szum silnika. Potem głos kierowcy i drugi, starszy, spokojniejszy.

— Jeśli chłopak dojedzie do komendy, wszystko pokaże.

— Nie dojedzie — odpowiedział kierowca.

Jan wyszedł z karetki. Słyszał każde słowo.

— Co on miał pokazać? — zapytał.

Kierowca spuścił głowę. Nie odpowiedział.

Paweł wyjął z kieszeni telefon.

— Komenda właśnie potwierdziła nazwisko świadka. To zastępca dyrektora firmy, do której należy furgonetka.

Kierowca podniósł oczy.

— Nie rozumiecie. Jeśli mnie zabierzecie, oni zniszczą dowody.

— Jakie dowody? — spytałem.

Mężczyzna spojrzał na Jana.

— Pański syn nagrał coś, czego nie powinien był nagrywać.

Wtedy telefon Jana zadzwonił. Na wyświetlaczu pojawił się numer Kuby, chociaż chłopak leżał kilka metrów dalej, podłączony do aparatury.

Jan odebrał. Usłyszałem tylko trzy słowa z drugiej strony.

— Tato, nie ufaj policji…

CZĘŚĆ FINAŁOWA

Kuba obudził się i wypowiedział trzy słowa…

Myślałem, że najgorsze już minęło. Wtedy jeden telefon sprawił, że musiałem zdecydować, komu naprawdę mogę zaufać.

W pewnej chwili usłyszałem jego własny głos:
„Nie chciałem go zabić”.
I wtedy przestał udawać, że nie pamięta.

😱 ODKRYJ, CO UKRYWALI →

👇 Finał historii jest już dostępny

Rate article
Czterdziestu motocyklistów otoczyło mnie na drodze, a gdy nadjechały posiłki, ich dowódca nagle zbladł
Moja narzeczona kazała wyrzucić z domu syna służącej, nie wiedząc, że mój czteroletni syn trzymał w rękach dowód, który miał zniszczyć nasze wesele