CZĘŚĆ 4
Nazwisko na kartce należało do księdza Estebana Moralesa, który przed laty prowadził parafialną księgę urodzeń rodziny Alvarado.
Mariana podała mi kartkę.
— Odnalazłam go trzy miesiące temu — powiedziała. — To on potwierdził, że akt nie został sfałszowany.
— I złożył zeznania?
— Wczoraj wieczorem. Wysłałam je do stolicy, zanim Victor przyjechał.
Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.
— Wiedziałaś, że po ciebie przyjdzie.
— Wiedziałam, że przyjdzie po dokumenty. Nie wiedziałam, czy przyjedzie po mnie.
Żołnierze zabrali Victora z biblioteki. Próbował odzyskać panowanie nad sobą, lecz jego twarz straciła kolor.
— Alejandro, nie pozwól im mnie poniżyć — powiedział.
— Sam wybrałeś tę drogę.
— Możemy jeszcze połączyć nasze rodziny.
Victoria odwróciła się do niego.
— Nie chcę już być częścią twojego planu.
To zdanie zraniło go bardziej niż kajdany.
Moja matka została w bibliotece. Nie próbowała uciekać. Usiadła ciężko przy kominku, a jej wachlarz leżał na podłodze połamany na dwie części.
— Czy ty też mnie wydasz? — spytała.
— Nie ja pana wydaję. Dokumenty mówią same za siebie.
— Chciałam ochronić Monteverde.
— Chroniłaś własną władzę.
Zamknęła oczy.
— Kochałam cię.
— Wiem. Ale miłość, która odbiera człowiekowi prawdę, nadal jest krzywdą.
Po południu przybył notariusz z miasta. Rozłożył księgi na stole i zaczął odczytywać zeznanie księdza Moralesa. Potwierdził on tożsamość Mariany, dzień jej urodzenia, znak na medalionie i fakt, że ojciec ukrył ją w Monteverde po napadzie na powóz.
Najgorsze dla Victora przyszło później.
Urzędnik odtworzył jego własne słowa zapisane przez świadka, który przez kilka tygodni pracował w jego domu jako pisarz.
— „Dziewczyna musi zniknąć, zanim odziedziczy ziemię” — zabrzmiało w bibliotece.
Victor spojrzał na ścianę.
— To nie mój głos.
— To pańskie słowa — odpowiedział urzędnik.
— Kłamstwo.
Urzędnik podał mu zapis.
— Pański podpis znajduje się pod każdym poleceniem.
Victor usiadł. Po raz pierwszy usłyszał siebie z boku, bez własnego tonu, bez możliwości przerwania rozmowy. Jego własne zdania brzmiały jak rozkaz wydany komuś obcemu.
Victoria zaczęła płakać.
— Ojcze, ile osób skrzywdziłeś, żeby zdobyć te ziemie?
Nie odpowiedział.
Kilka dni później sąd potwierdził prawa Mariany do księstwa Alvarado. Victor został skazany za fałszowanie dokumentów, próbę przejęcia majątku i zorganizowanie napadu. Nie cieszyłem się, gdy go zabrano.
Człowiek może zasłużyć na karę, a mimo to jego upadek nie przynosi radości.
Moja matka zrzekła się zarządu nad Monteverde i zamieszkała w małym domu przy klasztorze. Odwiedzałem ją raz w miesiącu. Nigdy nie wróciliśmy do dawnej bliskości, lecz pewnego dnia podała mi naprawiony zegarek ojca.
— Powinien należeć do ciebie — powiedziała.
— Teraz już nie chcę nosić rzeczy, które milczały przez lata.
— W takim razie przechowaj go dla kogoś, kto będzie umiał mówić prawdę.
Wziąłem zegarek, ale nie obiecałem niczego.
Najtrudniejszy dzień przyszedł, gdy opróżniałem zachodnie skrzydło. Pokój, w którym Mariana ukrywała się jako dziecko, był pusty. Na parapecie znalazłem tylko małą drewnianą figurkę konia, bez jednej nogi.
Bruno wszedł za mną i usiadł przy łóżku.
Mariana stanęła w drzwiach.
— Myślisz, że powinnam tu zostać? — zapytała.
— To twój dom, jeśli tego chcesz.
— A ty?
— Ja chcę, żebyś mogła odejść, jeśli tego potrzebujesz.
Uśmiechnęła się smutno.
— Całe życie ktoś decydował za mnie, dokąd mam iść.
— Więc tym razem zdecyduj sama.
Została.
Nie jako kucharka. Nie jako ukryta dziedziczka. Jako Mariana de Alvarado, pani własnego nazwiska.
Minęły trzy miesiące.
W Monteverde zmieniło się więcej niż herb na bramie. Mariana otworzyła szkołę dla dzieci pracowników. W każdy wtorek siadała przy długim stole i uczyła je czytać. Bruno spał pod ławką, choć dzieci wkładały mu do pyska kawałki chleba.
Ja zacząłem jeździć do miasta i zajmować się sprawami obu majątków. Wieczorami czytałem przy kominku. Przestałem sprawdzać, czy każdy list ma pieczęć matki.
Pewnego grudniowego poranka spadł pierwszy śnieg. Stałem na schodach, gdy Mariana wyszła z dziedzińca w ciemnozielonym płaszczu. W ręku trzymała srebrny medalion.
— Bruno znów czeka przy kuchni — powiedziała.
— On uważa, że wszystko zaczyna się od jedzenia.
— Może ma rację.
Podszedłem do niej. Nie musieliśmy mówić o małżeństwie. Tym razem nikt nie układał nam życia za nas.
Kilka tygodni później przyszła wiadomość od Victorii. Pisała z domu swojej ciotki. Nie prosiła o pieniądze ani o przebaczenie. Napisała tylko, że po raz pierwszy od lat śpi spokojnie.
Na końcu dodała: „Jeśli kiedyś będziesz potrzebował świadka, przyjadę”.
Odpisałem: „Dziękuję. Mam nadzieję, że już nigdy nie będziesz musiała nim być”.
Od Victora otrzymałem jeszcze jeden list. Był krótki.
„Nie pozwól jej odebrać Monteverde”.
Podarłem go bez odpowiedzi.
Nie dlatego, że zapomniałem o wszystkim. Dlatego, że jego strach nie był już moim obowiązkiem.
Wieczorem wszedłem do kuchni. Na stole stał bochenek świeżego chleba, a Mariana kroiła go tym samym nożem, który wypadł jej z dłoni pierwszego dnia.
Bruno leżał przy jej nogach. Podniósł łeb, popatrzył na mnie i machnął ogonem, jakby od początku wiedział, że właśnie tutaj powinienem się znaleźć.
Mariana podała mi kromkę.
— Tym razem nie uciekłeś — powiedziała.
— Tym razem poszedłem za nim.
Za oknem śnieg zasypywał ślady prowadzące do kuchni.
A Bruno położył głowę między nami.
Przegapiłeś początek?













