CZĘŚĆ 4
Przez kilka sekund nie mogłam poruszyć ręką.
Mecenas Kac stał naprzeciwko mnie i obserwował, jak czytam kartkę po raz drugi.
„Nie jedź tam sama. Zadzwoń do Marty. Potem weź policję.”
— Kim jest Marta? — zapytał Kac.
— Moją siostrą. Mieszka trzy ulice od domu.
Telefon zadzwonił, zanim zdążyłam wybrać numer.
To była Marta.
— Oleno, policja jest pod twoim domem — powiedziała bez przywitania. — Sąsiedzi widzieli tam mężczyznę z torbą.
Spojrzałam na klucz leżący na biurku.
— Ktoś wszedł do środka?
— Nie wiem. Ale alarm wyje od pięciu minut.
Kac natychmiast sięgnął po płaszcz.
— Jedziemy.
— Nie — powiedziałam. — Najpierw policja. Andrzej kazał mi nie ryzykować.
To było dziwne uczucie. Jeszcze niedawno każde jego polecenie brzmiało jak prośba chorego człowieka. Teraz rozumiałam, że przez cały czas próbował mnie nauczyć, jak przeżyć bez niego.
W drodze do domu telefon Romana dzwonił sześć razy.
Nie odebrałam.
Za siódmym razem zadzwonił jego adwokat.
— Pani Oleno, pański pasierb chce wyjaśnić nieporozumienie — powiedział mężczyzna.
— To nieporozumienie jest nagrane.
— Można jeszcze uniknąć skandalu.
— Nie chcę skandalu. Chcę, żebyście przestali nazywać przestępstwo sprawą rodzinną.
— Proszę pomyśleć o reputacji Andrzeja.
— Właśnie o niej myślę.
Rozłączyłam się.
Dom stał przy końcu ulicy, za wysokim żywopłotem. Drzwi były zamknięte, ale kuchenne okno uchylone. Policjant znalazł na parapecie ślady błota.
W środku wszystko wyglądało prawie tak samo.
Prawie.
Na stole leżała przewrócona ramka ze zdjęciem. Byliśmy na nim z Andrzejem nad jeziorem, jeszcze przed chorobą. Miał czapkę przekrzywioną na bok i udawał, że nie widzi, jak robię mu zdjęcie.
W sypialni otwarto szufladę z dokumentami.
Brakowało jednego segregatora.
— Ktoś go szukał — powiedział policjant.
— Nie. Ktoś wiedział, gdzie go znaleźć.
Wtedy zrozumiałam sens słów z kartki. Andrzej nie bał się już Romana. Bał się osoby, która od dawna pomagała jego dzieciom, ale nie pojawiała się w żadnym nagraniu.
Pojechaliśmy na dworzec.
Magazyn znajdował się za budynkiem poczty, w rzędzie metalowych boksów pachnących kurzem i rdzą. Klucz z koperty pasował do zamka.
W środku stała walizka, trzy segregatory i magnetofon kasetowy.
Na wierzchu leżała kartka.
„Włącz od końca.”
Kac nacisnął przycisk.
Najpierw usłyszeliśmy szum, potem głos doktora Maja.
— Jeśli nie podpisze, podniesiemy dawkę. Państwo chcą domu, ja chcę pieniędzy. To proste.
Drugi głos należał do Romana.
— A jeśli umrze wcześniej?
— Wtedy wszyscy zyskamy czas.
Swietłana odezwała się cicho:
— Ona niczego nie podejrzewa.
Nagranie urwało się.
Kac wyjął kasetę i wsunął ją do torby dowodowej.
— Andrzej nagrał ich wcześniej, niż myśleliśmy.
W walizce znalazłam także kopie przelewów. Nie na konto doktora Maja, lecz na rachunek firmy pośredniczącej należącej do wspólnika Romana. Pieniądze za sprzedaż domu miały zostać wypłacone jeszcze przed pogrzebem.
To dlatego Roman miał spotkanie z pośrednikiem w południe.
Chciał sprzedać moje życie, zanim ziemia na grobie Andrzeja zdążyła wyschnąć.
Tego samego wieczoru policja przesłuchała mnie ponownie. Gdy wychodziłam z komisariatu, zobaczyłam Romana za szybą pokoju przesłuchań. Siedział sam.
Policjant odtworzył mu fragment nagrania.
Słyszałam własne słowa przez uchylone drzwi.
„A dom będzie wolny.”
Roman zamknął oczy.
— To nie brzmi jak ja — powiedział.
— Ale to pański głos — odpowiedział funkcjonariusz.
— Byłem zdesperowany.
— Był pan bardzo precyzyjny.
Roman spuścił głowę. Po raz pierwszy zobaczył siebie nie jako syna walczącego o należność, lecz jako człowieka, który planował śmierć własnego ojca.
Sprawa trwała kilka miesięcy.
Doktor Maj przyznał się do fałszowania dokumentacji i utracił prawo wykonywania zawodu. Roman i Swietłana zostali oskarżeni o podmianę leków, próbę wyłudzenia podpisu oraz przygotowanie oszustwa majątkowego. Nie musiałam domagać się ich surowej kary.
Wystarczyło, że przestałam ich chronić.
Roman próbował jeszcze raz zadzwonić.
Stałam wtedy w pustym pokoju Andrzeja. Jego łóżko zostało wyniesione do hospicjum, książki spakowane do kartonów, a na parapecie leżał tylko drewniany zegarek, którego nigdy nie zdążył naprawić.
— Oleno — powiedział Roman — możemy się dogadać. Dom jest za duży dla jednej osoby.
— Nie.
— To także mój rodzinny dom.
— Nie.
— Ojciec chciałby, żebyśmy się pogodzili.
Spojrzałam na pusty fotel pod oknem.
— Andrzej chciałby, żebyś poniósł konsekwencje swoich decyzji.
— Nienawidzisz mnie?
— Nie. Po prostu już ci nie pomogę.
Rozłączyłam się.
Minęły trzy miesiące.
Zamknęłam garaż, który Roman mierzył pod łódź, i wynajęłam go miejscowemu stolarzowi. Za pieniądze z pierwszego czynszu kupiłam nowe zasłony do kuchni. Nie dlatego, że stare były brzydkie. Po prostu chciałam, żeby choć jedna rzecz w domu została wybrana przeze mnie.
W każdy czwartek pracowałam w bibliotece miejskiej przy porządkowaniu archiwów. Lubiłam ciszę między półkami, zapach papieru i to, że nikt nie pytał, ile zarabiał Andrzej ani kiedy zamierzam się wyprowadzić.
Marta przychodziła do mnie w soboty. Jej syn, Filip, rysował przy stole samochody z ogromnymi kołami.
Pewnego grudniowego wieczoru podał mi kartkę.
— To twój dom — powiedział.
Na rysunku stało małe żółte światło w każdym oknie. Przy drzwiach narysował mnie i Andrzeja. Jego postać była trochę za wysoka, a moja miała włosy aż do ziemi.
— A to co? — zapytałam, wskazując mały czerwony przedmiot przy klamce.
— Klucz. Żeby nikt ci go nie zabrał.
Przytuliłam go mocno.
Pierwszy wtorek miesiąca przestał być dniem wyjazdu do kancelarii. Został moim dniem porządkowania domu. Zapalałam lampę w kuchni, parzyłam herbatę i otwierałam szufladę z dokumentami, choć nie musiałam już niczego ukrywać.
Mecenas Kac przesłał mi kopię ostatniego listu Andrzeja.
„Kiedyś myślałem, że dom to ściany. Potem zrozumiałem, że dom jest miejscem, w którym ktoś nie pozwala ci zniknąć.”
Czytałam ten list wiele razy.
Wiosną sprzedałam stary samochód i kupiłam mniejszy, z wygodnym siedzeniem dla Marty. Zostawiłam w bagażniku pudełko po butach. Nie było już w nim dowodów. Włożyłam tam zdjęcie Andrzeja, list od mecenasa Kaca i czerwony sznurek od mosiężnego klucza.
Nie jako pamiątkę po strachu.
Jako przypomnienie, że kiedyś przetrwałam coś, co miało mnie złamać.
Pewnego ranka znalazłam pod drzwiami kopertę od Romana. W środku było jedno zdanie.
„Ojciec na pewno nie chciałby, żebyś była sama.”
Odłożyłam kartkę na stół.
Potem odpisałam:
„Nie jestem sama. Jestem wolna.”
Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek to przeczyta.
Tym razem nie czekałam na odpowiedź.
Wieczorem zawiesiłam klucz z porcelanowym jabłkiem na nowym haczyku przy drzwiach. Czerwony sznurek kołysał się lekko, gdy przez kuchnię przeszedł zimowy przeciąg.
Dom był cichy.
Ale po raz pierwszy ta cisza należała do mnie.
Przegapiłeś początek?













