Kiedy znaleziono martwą dziewczynę pod siódmym piętrem, właściciel mieszkania otworzył mi drzwi z uśmiechem człowieka, który uważał się za nietykalnego. Był 28 sierpnia 1962 roku, kilka minut po ósmej rano. Na klatce schodowej pachniało mokrym tynkiem i figowcem stojącym w drewnianej donicy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta sprawa na zawsze zmieni moje pojęcie o winie.
Mieszkanie numer 47 było ciche w sposób, który natychmiast wzbudził mój niepokój. Nie była to zwyczajna cisza śpiącego domu. Tutaj wszystko wyglądało, jakby ktoś starannie usunął każdy ślad po nocy. Młody mężczyzna w białej koszuli odsunął się od drzwi.
— Aleksiej Woroncow — przedstawił się. — W czym mogę pomóc?
— Śledczy Korsakow. Muszę wejść.
Spojrzał na moje odznaczenie, potem na mnie.
— Oczywiście.
W salonie stał czarny fortepian, na ścianach wisiały drogie obrazy, a na stoliku lśniły trzy kryształowe szklanki. W jednej zostało kilka kropel ciemnego płynu. Przy kanapie leżał czerwony damski pantofel. Obok niego, na parkiecie, widniała brunatna plama, niemal całkowicie starta szmatką.
— Czyj jest ten pantofel? — zapytałem.
— Nie wiem.
Odpowiedział zbyt szybko. Poczułem, jak napięcie zaciska mi kark.
— Wczoraj byli tu goście?
— Kilku znajomych.
— Nazwiska?
Aleksiej uśmiechnął się lekko.
— Czy to konieczne?
— Dziewczyna na dole nie żyje. Tak, konieczne.
Dopiero wtedy jego twarz się zmieniła. Najpierw zniknęła irytacja, potem na moment pojawił się strach. Trwało to krócej niż mgnienie oka, ale przez lata nauczyłem się zauważać właśnie takie chwile.
— Nie pamiętam, kto przyszedł — powiedział.
— Młodzi ludzie zwykle zapominają wykłady, nie osoby, z którymi spędzili noc.
Odwrócił wzrok ku oknu. Wtedy zobaczyłem fotografię stojącą na fortepianie. Było na niej sześcioro młodych ludzi. Aleksiej stał pośrodku. Obok niego dwaj mężczyźni, dwie dziewczyny i jeszcze jedna osoba częściowo zasłonięta.
Jedną z dziewczyn rozpoznałem natychmiast. To była ofiara z podwórza. Na zdjęciu żyła. Nawet się uśmiechała.
— Jak miała na imię?
— Nina.
— Nina jaka?
— Sokołowa.
Zapisałem nazwisko, czując ciężar ołówka między palcami.
Po powrocie do komisariatu mój współpracownik Pletniow odnalazł pierwsze informacje. Nina miała dwadzieścia dwa lata, pracowała jako maszynistka i mieszkała z emerytowaną matką. Trzy tygodnie wcześniej zgłosiła, że ktoś ją śledzi. Nie złożyła jednak zeznania.
— Dlaczego zrezygnowała? — spytałem starego kapitana, który wtedy miał dyżur.
Mężczyzna długo obracał w palcach metalowy guzik przy mundurze.
— Była przerażona.
— Czego się bała?
— Nie ludzi. Nazwiska.
— Jakiego?
Kiedy wreszcie je wypowiedział, poczułem chłód, mimo że w pokoju było duszno.
— Woroncow.
Tego samego wieczoru wróciłem do budynku. Na ósmym piętrze otworzyła mi starsza sąsiadka. Jej dłonie drżały, gdy poprawiała niebieską wstążkę przy kołnierzu.
— Słyszała pani coś tej nocy?
— Kobiecy głos.
— Co mówiła?
— Najpierw śmiała się. Potem powiedziała: „Już nigdy tego nie zrobię”.
— Czego?
— Tego nie słyszałam.
Kobieta zamknęła drzwi, zanim zdążyłem zadać następne pytanie. Na schodach zostałem sam z jednym przekonaniem: Nina nie była pierwszą dziewczyną, która weszła do mieszkania numer 47.
Następnego dnia do mojego gabinetu przyszła blada studentka, Jelena Mirosławska. Położyła na stole srebrny pierścionek z pękniętym kamieniem.
— Znałam Ninę — szepnęła. — I wiem, gdzie bywała.
— W mieszkaniu Woroncowa?
Skinęła głową.
— Tam nie chodziło o zabawę. Oni chcieli wiedzieć wszystko. Kogo kochamy, komu ufamy, co mówimy w domu.
— Kto to robił?
Jelena spojrzała na drzwi.
— Aleksiej był tylko tym, którego wszyscy widzieli.
— A kto był groźniejszy?
Zacisnęła palce na pierścionku.
— Ci, którzy przychodzili później.
Na biurku leżała właśnie nowa fotografia z mieszkania numer 47. Na odwrocie widniała data, a na stole przed młodymi ludźmi leżała koperta. Czyjaś ręka zasłaniała zapisane słowa. Sięgnąłem po lupę i wtedy usłyszałem za sobą kroki…
CZĘŚĆ 2
Sięgnąłem po lupę, ale zanim dotknąłem fotografii, drzwi mojego gabinetu otworzyły się gwałtownie. W progu stał Pletniow, z mokrym od deszczu płaszczem i szarą kopertą w dłoni.
— Znaleźliśmy dziewczynę ze zdjęcia — powiedział.
— Żywą?
— Tak. Marina Biełowa. Pracuje jako korektorka. Mieszka sama przy ulicy Twerskiej.
Wziąłem kopertę. Papier był miękki na rogach, jakby ktoś długo nosił ją przy sobie.
— Skąd ją masz?
— Z pracowni zegarmistrzowskiej. W maju pewna dziewczyna przyniosła tam zegarek i poprosiła, żeby mechanizm zatrzymał się o dwudziestej trzeciej siedemnaście.
— Dziewczyna miała nazwisko Sokołowa?
— Tak zapisano na rachunku.
Wpatrywałem się w cyfrę „17”, czując, że wszystkie dotychczasowe szczegóły zaczynają układać się w jeden ponury wzór. W mieszkaniu numer 47 zegar również zatrzymał się o tej godzinie. Na zdjęciu Marina nosiła identyczny zegarek z ciemnym paskiem.
Pojechaliśmy do biblioteki jeszcze tego samego wieczoru. Marina siedziała przy oknie, a między jej palcami obracała ołówek bez grafitowej końcówki. Na stole leżała zamknięta książka.
— Czekałam na pana — powiedziała.
— Nina mówiła, że przyjdę?
— Mówiła, że przyjdzie pan dopiero wtedy, kiedy jej już nie będzie.
Usiadłem naprzeciwko niej. Przez szybę spływały smugi deszczu, a w moim brzuchu narastał ciężar, którego nie potrafiłem nazwać.
— Wiedziała, że umrze?
— Nie. Wiedziała tylko, że strach może stać się codziennością.
— Kto ją zastraszał?
Marina otworzyła torebkę i wyjęła mały, szary, zapieczętowany kopertą pakiet.
— Nina przekazała mi to dwa dni przed śmiercią.
— Co jest w środku?
— Nie wiem. Powiedziała, że mam oddać to panu, jeśli nie wróci.
— Dlaczego nie zrobiła tego wcześniej?
— Bo nikt nie wierzy dziewczynie, która opowiada o mieszkaniach pełnych ludzi z wpływami.
— Ja uwierzę.
Marina spojrzała na mnie z gorzkim uśmiechem.
— Wierzyć to za mało, panie śledczy.
W kopercie znajdowała się druga fotografia. Tym razem przedstawiała wyłącznie drzwi mieszkania numer 47. Pod zdjęciem ktoś napisał datę: 29 sierpnia.
— Jutro — powiedziałem.
— Właśnie dlatego przyszłam.
— Co ma się wydarzyć?
— Nie wiem. Nina kazała mi szukać człowieka, którego pan jeszcze nie przesłuchał.
— Kogo?
Marina wypowiedziała nazwisko kapitana Lebiediewa.
Znałem go od lat. To on pierwszego dnia podpisał skierowanie do sprawy i powiedział mi, żebym skończył ją szybko. Poczułem, jak pod skórą dłoni pulsuje krew.
Tej nocy zostałem na komisariacie. O dwudziestej trzeciej piętnaście Lebiediew wszedł do gabinetu. Miał na sobie stary płaszcz pachnący dymem, a przy mankiecie brakowało guzika.
— Nadal pracujesz nad tą dziewczyną? — zapytał.
— Nad wszystkimi dziewczynami.
Jego twarz stężała.
— Nie wiesz, dokąd prowadzi ta droga.
— Wiem, że zaczyna się od zakrwawionego parkietu.
— Woroncowowie nie są sami.
— To pan pozwolił komuś zabrać zeznanie Niny.
Lebiediew usiadł ciężko.
— Przyszedł człowiek w mundurze. Znał nazwisko mojego przełożonego. Powiedział, że sprawa zostanie zamknięta.
— A pan ją zamknął.
— Bałem się o rodzinę.
— Nina też miała rodzinę.
O dwudziestej trzeciej siedemnaście zegar zatrzymał się. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę.
— Komisariat śledczy.
Przez kilka sekund słyszałem tylko trzaski.
— Grigorij Siergiejewicz? — odezwał się kobiecy głos.
— Kto mówi?
— Nina Sokołowa.
Lebiediew poderwał głowę.
— To niemożliwe — wyszeptał.
— Jeśli pan mnie słyszy, wszystko zaczęło się zbyt wcześnie — powiedział głos. — Proszę jutro nie ufać człowiekowi, który przyniesie panu niebieską teczkę.
Połączenie przerwało się.
— Skąd wiedziała moje imię? — spytał Lebiediew.
Nie odpowiedziałem. Wtedy na korytarzu rozległy się kroki, a pod drzwiami pojawił się cień. Ktoś zatrzymał się tuż za nimi i wsunął do środka cienką, niebieską teczkę…
CZĘŚĆ 3
Cień przesunął się pod drzwiami, a niebieska teczka wsunęła się po podłodze aż pod moje biurko. Lebiediew patrzył na nią, jakby była odbezpieczonym granatem.
— Nie otwieraj — powiedział.
— Właśnie dlatego ją otworzę.
Na okładce nie było nazwiska. Tylko mała, odręcznie narysowana tarcza zegara i godzina dwudziesta trzecia siedemnaście. Poczułem, że serce wali mi w piersi tak mocno, iż Lebiediew musiał to słyszeć.
W środku znajdowały się kopie raportów, rachunki z kilku restauracji, lista nazwisk oraz trzy kartki zapisane ręką Niny. Na jednej widniało: „Nie chodzi o Aleksieja. On tylko wykonuje polecenia”. Na drugiej: „Ludzie w mundurach przychodzą po północy”. Na trzeciej: „Jeśli zginę, szukajcie w zegarze”.
— Co to znaczy? — spytałem.
Lebiediew zakrył twarz dłońmi.
— W ściennym zegarze w mieszkaniu Woroncowa była komora. Nina ukrywała tam dowody.
— Wiedział pan?
— Podejrzewałem.
— I milczał pan.
— Tak.
Jego odpowiedź zabolała bardziej niż kłamstwo. Wyjąłem służbowy telefon i zadzwoniłem po prokuratora, nie informując o tym nikogo z kierownictwa. Potem pojechaliśmy z Pletniowem i Lebiediewem do mieszkania numer 47. Był ranek 29 sierpnia. Na korytarzu pachniało gotowaną kapustą, a mosiężna tabliczka przy drzwiach była świeżo wypolerowana.
Aleksiej otworzył po kilku minutach.
— Znowu pan? — zapytał.
— Tym razem mam nakaz przeszukania.
Podałem mu dokument. Jego ręka drgnęła.
— Mój ojciec się o tym dowie.
— Właśnie na to liczę.
W salonie Pletniow zerwał tylne wieko zegara. Z wnętrza wypadła mała rolka taśmy, kilka negatywów i list z niebieską nitką przy złożeniu. Aleksiej pobladł.
— To prywatne rzeczy — syknął.
— Nie — odpowiedziałem. — To zapis tego, co robiliście dziewczynom.
Na taśmie słychać było głosy z nocy śmierci Niny. Śmiech Aleksieja, rozkazy innych mężczyzn, płacz dziewczyny i wreszcie głos Niny:
— Nie będę już milczeć. Wszystko opowiem.
Potem rozległ się trzask, szuranie krzesła i głos mężczyzny, którego nie znałem.
— Zajmiemy się tym tak, jak zawsze.
Lebiediew zamknął oczy.
— To był naczelnik wydziału — powiedział.
— A kto uderzył Ninę? — spytałem.
Aleksiej osunął się na krzesło.
— Nie ja — wyszeptał. — Marina ją odciągnęła od drzwi. To ona zabrała zegarek i uruchomiła plan.
W tym momencie do mieszkania weszła Marina. W ręku trzymała drugi fragment listu.
— Nie uruchomiłam planu — powiedziała. — Nina zrobiła to sama. Przed śmiercią nagrała rozmowę, a ja miałam dopilnować, żeby prawda nie zniknęła razem z nią.
Pletniow zbladł, kiedy przeczytał nazwiska na liście. Byli tam urzędnicy, funkcjonariusze i ludzie, którzy wcześniej naciskali na komisariat. Wśród nich znajdował się ojciec Aleksieja.
— Dlaczego zadzwoniłaś do mnie głosem Niny? — spytałem Marinę.
— To nie był telefon na żywo. Nagranie uruchomiło się automatycznie o dwudziestej trzeciej siedemnaście. Nina przewidziała, że ktoś spróbuje ukryć dowody.
Później wszystko potoczyło się szybko, ale nie łatwo. Aresztowania rozpoczęły się tego samego dnia. Lebiediew zeznawał przez trzy noce, drżącym głosem opowiadając o rozkazach i własnym tchórzostwie. Aleksiej próbował milczeć, dopóki nie usłyszał nagrania. Wtedy podpisał zeznania.
Proces trwał miesiącami. Winnych skazano, a matka Niny otrzymała kopię całego zapisu. Kiedy wręczyłem jej ją w listopadowe popołudnie, długo trzymała szarą kopertę przy piersi.
— Przynajmniej teraz wszyscy poznają jej głos — powiedziała.
Marina została świadkiem koronnym, choć nikt nie nazwał jej wtedy bohaterką. Sama też nie chciała tego słowa. Twierdziła, że bohaterem był każdy, kto mimo strachu wypowiedział jedno prawdziwe zdanie.
A ja zachowałem zegarek Niny. Mechanizm nadal zatrzymuje się o dwudziestej trzeciej siedemnaście.
I za każdym razem, gdy wskazówki zamierają, słyszę nie ciszę po śmierci, lecz głos dziewczyny, która wreszcie przestała się bać.













