CZĘŚĆ 4
…Inspektorka nie zdążyła dokończyć, gdy Álvaro cofnął się pod ścianę.
— To niemożliwe — powiedział.
— Odwiert wykonano bez zezwolenia — odpowiedziała kobieta. — Mamy próbki błota, ślady opon i nagranie z kamery przy drodze.
Sergio odwrócił się do brata.
— Co zrobiłeś?
Álvaro milczał.
Przez chwilę słychać było tylko kapanie wody pod kamieniem. Każda kropla uderzała o metalową miskę z cichym, zimnym dźwiękiem.
Inspektorka otworzyła kasetę.
— Odwiert znajduje się na pana działce, Álvaro. Ale jego rurę poprowadzono w stronę źródła pod ziemią Mateo. Jeśli doszłoby do pęknięcia, woda zanieczyściłaby nie tylko pańskie oliwki, lecz także studnie całej wsi.
— Nie wiedziałem, dokąd prowadzi rura — odburknął.
— Pańska firma zapłaciła za wykonanie odwiertu.
— To nie była moja firma.
— Na rachunku widnieje pański podpis.
Álvaro wyciągnął telefon.
— Zadzwonię do mojego adwokata.
Wybrał numer. Nikt nie odebrał. Zadzwonił drugi raz. Potem trzeci.
— Odbierz, do cholery — syknął.
Kiedy wreszcie połączenie zostało przyjęte, włączył głośnik.
— Potrzebuję cię tutaj natychmiast — powiedział Álvaro. — Jest inspektorka, jakiś dokument i nagranie.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Panie Ruiz, nie mogę już pana reprezentować — odparł prawnik.
— Co ty mówisz?
— Wczoraj otrzymałem od pana wiadomość z poleceniem przelewu dla wykonawcy odwiertu. Sam pan zatwierdził płatność. Muszę się wycofać.
— Zapłacę ci dwa razy więcej.
— Nie chodzi o pieniądze. Proszę nie kontaktować się ze mną bez wezwania.
Połączenie się zakończyło.
Álvaro opuścił rękę. Po raz pierwszy zobaczyłem go bez tej pewności, która przez lata była jego pancerzem.
Wtedy inspektorka poprosiła, żebym wyszedł z nią przed magazyn. Na stole została kamera, którą zamontowałem przy bramie. Odtworzyła nagranie.
Na ekranie noc miała kolor sadzy. O pierwszej czterdzieści siedem pod bramę podjechała ciężarówka. Z kabiny wysiadł Álvaro. Rozejrzał się, przeciął kłódkę i wskazał pracownikom miejsce odwiertu.
Usłyszałem własny głos z nagrania, gdy kilka godzin później znalazłem ślady opon:
— Jeśli to źródło naprawdę istnieje, bracia nie mogą się o nim dowiedzieć.
Álvaro zatrzymał nagranie.
Jego twarz zbladła.
Słuchał własnych słów z odległości kilku metrów, a jednak wyglądał, jakby ktoś obcy mówił jego głosem.
— Wyłącz to — szepnął.
— Nie — odpowiedziałem.
— Mateo, możemy się dogadać.
— Już się dogadaliśmy. Ty dostałeś swoje hektary. Ja dostałem swoje.
— To była pomyłka.
— Nie. Pomyłką było to, że uwierzyłem, iż jesteśmy jeszcze braćmi.
Policja przyjechała przed zmrokiem. Inspektorka przekazała funkcjonariuszom kopię nagrania, dokument ojca oraz wyniki badań. Álvaro próbował dzwonić, przekonywać i grozić, ale każde kolejne słowo tylko pogarszało jego sytuację.
Sergio podpisał zeznanie.
— Nie chciałem, żeby doszło do odwiertu — powiedział, patrząc w podłogę. — Ale wiedziałem, że Álvaro coś planuje.
— Dlaczego nic nie powiedziałeś? — spytałem.
— Bałem się, że stracę swoją część.
— Straciłeś coś wcześniej.
Nie zaprzeczył.
Prace na działce Álvara wstrzymano jeszcze tego samego wieczoru. Źródło zabezpieczono, a urząd wodny wyznaczył strefę ochronną. Kilka dni później biegły potwierdził, że woda nadaje się do uzdatnienia i może zaopatrywać gospodarstwa podczas suszy. Nie sprzedałem praw do źródła żadnemu inwestorowi.
Podpisałem umowę ze spółdzielnią, ale postawiłem jeden warunek: część wody miała trafiać do mieszkańców wioski za symboliczną opłatą.
Álvaro usłyszał zarzuty za nielegalny odwiert, próbę zniszczenia ujęcia i fałszowanie dokumentów. Nie trafił od razu do więzienia. Musiał jednak oddać ziemię pod nadzór sądu, sprzedać maszyny i pokryć koszty naprawy.
Nie cieszyłem się z tego.
Pamiętałem, że był moim starszym bratem.
Ale przestałem ratować go przed konsekwencjami jego własnych decyzji.
Najtrudniejszy moment przyszedł trzy tygodnie później. Wróciłem do domu, w którym dorastaliśmy. Pokój ojca był pusty. Została tylko fotografia stojąca na parapecie: trzej mali chłopcy w zakurzonych sandałach, a za nimi pierwsze drzewko oliwne, które posadziliśmy razem.
Na krześle leżała maczeta z wypalonym znakiem dwóch krzyżujących się liści.
Wziąłem ją do ręki.
Rękojeść była gładka od lat pracy ojca.
Wtedy znalazłem pod szufladą jeszcze jedną kartkę. Nie była częścią testamentu. To był krótki list.
„Mateo, jeśli czytasz te słowa, znaczy to, że pozostali znów zobaczyli tylko powierzchnię. Nie pozwól, żeby ich pośpiech odebrał ci cierpliwość”.
Usiadłem na podłodze i długo patrzyłem na pismo.
Nie płakałem podczas pogrzebu.
Zapłakałem wtedy.
Minęły cztery miesiące.
Dolina zmieniła się powoli. Oczyściłem stare tarasy, naprawiłem kamienny mur i zasadziłem nowe oliwki w miejscach, gdzie wcześniej rosły ciernie. Każdego wtorku jeździłem do miasteczka, żeby prowadzić zebrania spółdzielni. W soboty pomagałem sąsiadom podłączać zbiorniki do nowego ujęcia.
Dom pachniał kawą, mokrą ziemią i świeżo ciętym drewnem.
Sergio odwiedził mnie pewnego listopadowego ranka. Stał przy bramie z czapką zmiętą w dłoniach.
— Mogę wejść?
— Możesz.
Usiedliśmy przy stole.
— Sprzedałem część migdałowców — powiedział. — Chcę spłacić swoją część kosztów.
— Nie musisz mi nic spłacać.
— Muszę sobie.
Milczałem.
— Wiesz, czego najbardziej żałuję? — zapytał. — Że śmiałem się wtedy przy samochodzie.
— Ja też pamiętam ten śmiech.
— Myślisz, że jeszcze kiedyś będziemy braćmi?
Spojrzałem przez okno na strumień płynący w nowym korycie.
— Nie wiem. Ale możesz zacząć od tego, żeby więcej nie kłamać.
Skinął głową.
Kilka tygodni później moja córka Alba przyjechała na ferie. Miała dziewięć lat i zwyczaj rysowania wszystkiego, co ją zachwycało. Narysowała kamień, sitowie i małą strzałkę pokazującą wodę pod ziemią.
— Dziadek zostawił ci skarb — powiedziała.
— Tak.
— To jesteś bogaty?
Pomyślałem o Álvarze, o jego pustym magazynie i o telefonach, na które nikt już nie odpowiadał.
— Jestem bogaty, kiedy wiem, co mam chronić — powiedziałem.
Alba przytuliła rysunek do piersi.
— A co chronisz?
— To, czego inni nie zauważyli.
Pierwszy śnieg spadł w styczniu. Nie utrzymał się długo, ale przez kilka godzin białe płatki osiadały na oliwkach i kamieniach. Stałem przy źródle, trzymając maczetę ojca, gdy telefon zawibrował.
Wiadomość była od Álvara.
„Sprzedaj mi prawa do wody. Zapłacę więcej niż ktokolwiek. Możemy zacząć od nowa”.
Przeczytałem ją dwa razy.
Potem odpisałem:
„Nie chcę zaczynać od nowa. Chcę iść dalej”.
Zablokowałem numer.
Następnego ranka zabrałem Albę do doliny. Pokazałem jej kamień z inicjałami dziadka. Woda płynęła pod nim cicho i nieprzerwanie, jakby zawsze wiedziała, że pewnego dnia ktoś ją usłyszy.
Dziewczynka położyła dłoń na mokrej powierzchni.
— Jest zimna.
— To dlatego, że długo czekała.
Wyjąłem z kieszeni kawałek czerwonego sznurka i przewiązałem nim uchwyt maczety, żeby nie zgubić jej w trawie. Potem zawiesiłem narzędzie na drewnianym słupku przy źródle.
Znak dwóch liści oliwnych był skierowany ku wodzie.
Nie musiałem już niczego udowadniać.
Woda płynęła dalej.
Przegapiłeś początek?













