CZĘŚĆ 4
Człowiek z blizną wyciągnął broń, ale nie zdążył jej odbezpieczyć.
Cassian rzucił się na niego pierwszy.
W kaplicy wybuchł chaos. Krzesło przewróciło się z hukiem, ktoś krzyknął, a ja przycisnęłam telefon do piersi tak mocno, że zabolały mnie żebra.
Strzał nie padł.
Dwóch ochroniarzy powaliło zdrajcę na kamienną posadzkę. Broń przesunęła się pod ławkę i zatrzymała przy moim zakrwawionym pantoflu.
Cassian podniósł ją, odsunął bezpiecznik i podał Tomaszowi.
— Nikt nie wychodzi — powiedział.
— Lydia? — odezwała się Evelyn w telefonie.
— Jestem.
— Czy on żyje?
Spojrzałam na Cassiana. Miał rozcięty policzek, a na jego czarnym płaszczu widniała smuga kurzu.
— Tak.
— Dobrze. Druga kopia jest w miejscu, którego moja matka nigdy nie sprawdzała.
— Gdzie?
— W pokoju dziecięcym na poddaszu. Za obrazem z latarnią.
Margaret ruszyła w stronę drzwi.
— Nie dotkniesz mojego domu!
Cassian zastąpił jej drogę.
— To już nie jest twój dom.
Na dziedziniec wjechały samochody prokuratury. Tym razem nikt nie próbował ich zatrzymać. Syreny odbijały się od mokrych murów, a każdy dźwięk sprawiał, że Margaret kurczyła ramiona.
Jej telefon zaczął dzwonić.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
— To mój prawnik — powiedziała.
— Odbierz — odparł Cassian.
— Nie muszę.
— Odbierz.
Nacisnęła przycisk.
— Panie Barlow, musisz natychmiast przyjechać — powiedziała drżącym głosem. — Wszystko się sypie.
Słuchaliśmy w ciszy.
Po chwili twarz Margaret stawała się coraz bledsza.
— Co znaczy, że nie będzie mnie pan reprezentował?
Prawnik odpowiedział tak głośno, że usłyszeliśmy go przez głośnik.
— Znalazłem własne nazwisko na liście osób przeznaczonych do uciszenia. Nie zaryzykuję życia dla pani.
Margaret opuściła telefon.
Wtedy Tomasz odtworzył nagranie jeszcze raz, ale tym razem na głośniku ustawionym na środku kaplicy.
Usłyszeliśmy głos Margaret z bliska. Jej własne słowa. Jej spokojny ton. Jej pewność, że wszyscy inni są tylko pionkami.
— Jeśli Cassian poślubi Evelyn, podpisze pełnomocnictwo. Gdy przejmie udziały, wystarczy sprowokować wypadek…
Margaret słuchała z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.
— Wyłącz to — wyszeptała.
— Nie — powiedział Cassian.
— Nie wiedziałam, że nagrywaliście rozmowę.
— Właśnie dlatego ją nagraliśmy — odparł.
Jej własny głos mówił dalej.
— Lydia Carter nada się doskonale. Jej matka jest chora, więc zrobi wszystko, czego zażądam.
Poczułam, jak coś pęka mi w środku. Nie dlatego, że usłyszałam prawdę. Dlatego, że Margaret wypowiedziała moje nazwisko tak, jakby mówiła o przedmiocie.
Cassian spojrzał na mnie.
— Przepraszam.
— Za co?
— Za to, że pozwoliłem, abyś znalazła się w tym wszystkim.
— Nie ty mnie zmusiłeś.
— Ale mogłem wcześniej zobaczyć, co dzieje się pod moim dachem.
Drzwi otworzyły się. Do środka weszli prokurator i policjanci. Margaret nie stawiała oporu. Kiedy zakładano jej kajdanki, patrzyła tylko na mnie.
— Twoja matka umrze bez mojego wsparcia — syknęła.
Po raz pierwszy nie poczułam strachu.
— Nie. Przeżyje bez twojego pozwolenia.
Cassian polecił swoim ludziom odnaleźć drugą kopię. Znaleźli ją godzinę później za obrazem z latarnią. Była tam księga przelewów, lista nazwisk i podpisy osób, które pomagały Margaret przez jedenaście lat.
Evelyn wróciła trzy dni później.
Nie przyjechała do matki. Przyjechała do mnie.
Spotkałyśmy się w małej kawiarni przy dworcu. Padał śnieg, a szyba drżała od przejeżdżających pociągów.
— Przepraszam — powiedziała Evelyn.
— Za co?
— Uciekłam i zostawiłam cię w sukni.
— Uratowałaś siebie.
— Powinnam była powiedzieć ci prawdę.
— Wtedy może nie uwierzyłabym ci bardziej niż jej.
Evelyn spuściła wzrok.
— Cassian nie jest taki, jak mówią.
— Wiem.
— A jednak nie wyjdziesz za niego.
Uśmiechnęłam się słabo.
— Nie znam go na tyle, żeby za niego wyjść. I znam siebie na tyle, żeby nie poślubić nikogo ze strachu.
Cassian dotrzymał słowa. Opłacił leczenie mamy, ale zrobił to przez niezależną fundację, bez umowy i bez żadnych warunków. Dom pracowników przepisał na Helen Carter.
Moja matka długo patrzyła na dokument.
— Nie musisz tego przyjmować — powiedziałam.
— Tym razem sama wybiorę — odparła.
Sześć byłych żon Cassiana wróciło do miasta, by złożyć zeznania. Każda opowiedziała własną historię. Żadna nie chciała zemsty. Chciały tylko, by ktoś wreszcie przestał nazywać ich zniknięcie kaprysem.
Człowiek z blizną przyznał, że pracował dla Margaret. Ochroniarze, którzy przez lata wykonywali jej rozkazy, zaczęli zeznawać jeden po drugim.
Sprawa trwała miesiącami.
Margaret straciła dom, majątek i wpływy. Nie cieszyłam się z tego. Po prostu przestałam ją ratować przed skutkami jej własnych decyzji.
Kilka tygodni później dostałam wiadomość od Cassiana.
„Mogę przyjechać? Chciałbym porozmawiać bez ochrony, bez prawników i bez żadnych zobowiązań.”
Długo patrzyłam na ekran.
Potem odpisałam: „Nie teraz. Potrzebuję życia, w którym nikt nie przychodzi po mnie z umową.”
Odpowiedź nadeszła po minucie.
„Rozumiem.”
I tym razem naprawdę zrozumiał.
Minęły cztery miesiące.
Zaczęłam pracę w małej pracowni renowacji książek w centrum miasta. Pachniało tam klejem, papierem i kawą. Każdego ranka otwierałam okno, nawet gdy padał śnieg.
Mama chodziła na rehabilitację i kłóciła się ze mną o to, kto ma podlewać pelargonie.
W niedziele przychodziła Evelyn. Przynosiła ciasto, które zawsze przypalała od spodu. Śmiałyśmy się z tego, a potem jadłyśmy je zbyt słodką herbatą.
Pewnego grudniowego popołudnia znalazłam na stole rysunek od sąsiadki, sześcioletniej Mai. Narysowała mnie w długiej czerwonej sukience, z ogromnymi skrzydłami i domem za plecami.
— To nie jestem ja — powiedziałam.
— Jesteś — odpowiedziała Maja. — Tylko wcześniej nie miałaś skrzydeł.
Schowałam rysunek do szuflady.
Tego wieczoru mama zapytała:
— Żałujesz, że tamtego dnia nie uciekłaś?
Pomyślałam o zimnej kaplicy, za małych pantoflach i dłoni Cassiana zatrzymanej kilka centymetrów od mojej spinki.
— Nie wiem — odpowiedziałam. — Ale wiem, że już nigdy nie pozwolę, żeby ktoś wybrał za mnie.
Na początku stycznia Cassian pojawił się przed pracownią. Nie wszedł. Stał po drugiej stronie ulicy w zwykłym płaszczu, bez ludzi i bez samochodu.
Zobaczyłam go przez szybę.
Podniósł rękę, lecz nie zapukał.
Ja też nie wyszłam.
Po chwili odszedł.
To wystarczyło.
Wieczorem wyjęłam z szuflady metalową jaskółkę. Zapięcie było porysowane po tamtym dniu, a na skrzydle została maleńka smuga rdzy.
Mama chciała ją wyrzucić.
— Jest uszkodzona — powiedziała.
— Nie — odparłam. — Jest prawdziwa.
Przypięłam ją do nowego płaszcza, tego, który kupiłam za pierwszą wypłatę.
Za oknem zaczął padać śnieg. Płatki osiadały na parapecie, jeden po drugim, cicho i bez pośpiechu.
Po raz pierwszy od dawna nikt niczego ode mnie nie chciał.
A ja nie bałam się ciszy.
Jaskółka błysnęła przy moim gardle.
Tym razem to ja wybierałam, dokąd lecę.
Przegapiłeś początek?













